Newsletter

DO KANONIZACJI JANA PAWŁA ZOSTAŁO: 27.4.2014 12:00 7 Days

Kościół w potrzebie

Move
Display 0 | 5 | 10 | 15 Stories

Wiadomości

Topics
Top Story

09.04.14 -Otwarcie Muzeum Domu Jana Pawła II

09.04.14 -Otwarcie Muzeum Domu Jana Pawła II

Słowa błogosławieństwa wypowiedziane przez nuncjusza apostolskiego w Polsce abp. Celestino Migliore oraz przecięcie wstęgi m.in. przez premiera RP Donalda Tuska zainaugurowały działalność przebudowanego...

08.04.14 - Ks. Oder o filmie "Świadectwo świętości"

08.04.14 - Ks. Oder o filmie "Świadectwo świętości"

"Jan Paweł II – Santo subito. Świadectwa świętości" – realizowany na kilku kontynentach film dokumentalny o papieżu Wojtyle trafi 2 maja do polskich kin. Dokument z udziałem ks. Sławomira...

08.04.14 - M. Jurek o europejskim testamencie Jana Pawła II

Adhortacja apostolska "Ecclesia in Europa" jest europejskim testamentem Jana Pawła II - powiedział Marek Jurek, prezes Prawicy Rzeczypospolitej, który uczestniczył w konferencji "Polska głosem chrześcijańskiej...

07.04.14 - Abp Mokrzycki: Jan Paweł II - święty bardziej realny

Większość z nas ma w pamięci żywy obraz Jana Pawła II. Ten święty jest dla nas bardziej realny - mówi w rozmowie z KAI metropolita lwowski obrządku łacińskiego abp Mieczysław Mokrzycki. Były...

06.04.14 -Abp Hoser: Jan Paweł II uczył jak zrozumieć człowieka

Moc Boga ukryta jest w Jego słabości - podkreślił abp Henryk Hoser, podczas wielkopostnych rekolekcji dla pracowników służby zdrowia. Biskup warszawsko-praski głosił konferencje w podziemiach...

05.04.14 - Portal kanonizacyjny

02.04.14 - Abp Hoser: Jan Paweł II pokazał nam, że świętość jest możliwa dla każdego

02.04.14 - Bp Solarczyk: Jan PawełII pokazał czym jest świętość

02.04.14 - Kard. Nycz: spełniło się nasze pragnienie!

02.04.14 - IX Rocznica odejścia Jana Pawła II do Domu Ojca

14.03.14 - Ruszyła akcja "Wielka Księga Kanonizacyjna"

07.03.14 - Benedykt XVI: Moje życie przy Świętym

06.03.14 - Nowy Generał Paulinów zapowiada wierność dziedzictwu Jana Pawła II

05.03.14 -Międzynarodowy konkurs na billboard promujący nauczanie Jana Pawła II

04.03.14 - Navarro-Valls: Nadzwyczajny Jan Paweł II

11.04.12 - Uzdrowiciel Jan Paweł II PDF Drukuj Email

Uzdrowienie chorego na białaczkę z Meksyku i odzyskanie wzroku przez księdza z rzymskiego kościoła Santa Maria dei Monti - to opisane w książce "Uzdrowiciel" przez niemieckiego watykanistę i dziennikarza Andreasa Englischa cuda, które zdarzyły się jeszcze za życia Jana Pawła II. Niemiecki dziennikarz udokumentował w niej przynajmniej kilka niezwykłych zdarzeń związanych z osobą papieża Polaka, choć Jan Paweł II nie chciał, by o tym mówiono i pisano.

"Jan Paweł II dawał jednoznacznie do zrozumienia, że to, co się wokół niego dzieje, jest dziełem nie jego, lecz samego Boga" - pisze w książce Englisch.

Andreas Englisch przez 20 lat, będąc niemieckim korespondentem w Watykanie, towarzyszył Janowi Pawłowi II w jego podróżach po świecie. Przy okazji zbierał informacje o uzdrowieniach, jakie wydarzyły się jeszcze za życia papieża. Nie mogły być one brane pod uwagę w procesie beatyfikacyjnym Jana Pawła II, bo wymagane jest, by do cudu doszło po śmierci kandydata na ołtarze, ale opisywani przez Englischa bohaterowie są przekonani, że to właśnie wstawiennictwu Ojca Świętego zawdzięczają powrót do zdrowia.

Englisch opisuje m.in. przypadek odzyskania wzroku przez księdza Andrea z rzymskiego kościoła Santa Maria dei Monti, uzdrowienie w meksykańskim Zacatecas chłopca chorego na białaczkę - Herona Badillo i przypadek powrotu do zdrowia całkowicie sparaliżowanego chłopca z uszkodzeniem mózgu, który wyzdrowiał dzień po pielgrzymce Jana Pawła II na wyspę Saint Lucia na Karaibach w 1986 r.

Autor w 1999 r. obiecał ówczesnemy rzecznikowi prasowemu Stolicy Apostolskiej Joaquino Navarro-Vallsowi, że dopóki papież żyje i przez kilka lat po jego śmierci nie napisze o nadprzyrodzonych zdarzeniach, jakie miały miejsce w obecności Jana Pawła II. Jego książka "Der Wunderpapst" ("Papież cudów") ukazała się w Niemczech w 2011 r. - sześć lat po śmierci papieża. Teraz została przetłumaczona na język polski.

Andreas Englisch przyznaje w książce, że kiedy rozpoczynał pracę w Watykanie, uważał papieża za nieprzejednanego moralistę. Nie zgadzał się ze stanowiskiem Kościoła w sprawach czystości przedmałżeńskiej, środków antykoncepcyjnych czy homoseksualizmu, ale obserwując pontyfikat Jana Pawła II stał się zwolennikiem papieża. "Karol Wojtyła na moich oczach zmieniał świat - na lepsze" - pisze.

Znaczna część książki to opis tego, jak dzięki pontyfikatowi Jana Pawła II zmienił się Watykan. "Do momentu wyboru Wojtyły w roku 1978 Watykan postrzegał papieży jako dostojne, doskonałe, przypominające elfy istoty, bardziej duchowe, eteryczne niż cielesne, ukazujące się zwykłym śmiertelnikom tylko z rzadka i, niczym anioły, zastygłe w swej majestatycznej doskonałości. W konfrontacji z taką właśnie wizją Karol Wojtyła jako papież przypominał raczej umorusanego zawodnika rugby" - pisze Englisch. Jego zdaniem Jan Paweł II zmienił wiele: zrezygnował z lektyki, podróżował po wszystkich kontynentach i był "na wyciągnięcie ręki", pokazywał, że jest człowiekiem jak wszyscy inni.


Po niżej "Wstęp" do książki:

Im więcej czasu spędzałem w pobliżu Karola Wojtyły, tym częściej zadawałem sobie pytanie, czy rzeczywiście w otoczeniu tego człowieka dzieje się coś wyjątkowego, coś nadprzyrodzonego, czy też mam do czynienia z wytworem własnej wyobraźni. Zawsze kiedy go spotykałem, pojawiało się to życzenie: „Niech cię Bóg błogosławi, staruszku”. Sam nie wiem dlaczego. Na początku mojej pracy w Watykanie bardzo mnie to denerwowało, wykrzykiwałem sam do siebie w duchu: „Hej, daj spokój z tymi bzdurami! Przecież nie wierzysz w Boga! Co ten Wojtyła w sobie takiego ma?”. Przez długi czas wszystkie doniesienia o niezwykłych wydarzeniach mających miejsce w obecności papieża uważałem za kompletny wymysł

— nawet wówczas, kiedy coraz częściej spotykałem ludzi całkowicie przekonanych o tym, że w jego pobliżu dzieje się coś osobliwego, coś cudownego. Oczywiście we mnie jako dziennikarzu i pisarzu tego rodzaju rzeczy budziły niesamowite zaciekawienie. Czy człowiek za życia może dokonywać cudów? Kiedy więc pojawiały się relacje ludzi, którzy twierdzili, że Karol Wojtyła w jakiś niewytłumaczalny sposób uzdrowił ich z nieuleczalnych chorób, kiedy pojawiali się świadkowie tych wydarzeń, szedłem ich tropem i gromadziłem fakty. Któregoś jednak dnia wziął mnie na stronę ówczesny rzecznik Watykanu JoaquÍn Navarro

-Valls, spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział:

— On tego nie chce.

— Czego? — zapytałem.

— On nie chce, żebyś badał te przypadki. Nie chce i koniec. Jeżeli zdarza się cud, to za sprawą Boga, a jeżeli ma to miejsce w jego otoczeniu, musi pozostać tajemnicą. Zgoda? Papież nie chce, by ktoś rozmawiał na ten temat, to znaczy o tym, co czasem wydarza się w jego obecności.

— OK, ale ja zbadałem już kilkadziesiąt przypadków, które, delikatnie mówiąc, wydają się bardzo niezwykłe.

— Zachowaj to więc, proszę, dla siebie, dopóki on żyje, bo nie chce, żeby ktoś uważał go za jakieś wyjątkowe zjawisko. Mówi, że jest zwyczajnym śmiertelnikiem. Zatem dopóki on żyje, nie pisz o tym, co tu widziałeś.

— Obiecuję — odparłem wtedy i dotrzymałem obietnicy.

Teraz jednak Kościół podjął decyzję o beatyfikacji Karola Wojtyły. Nadszedł więc czas, by opowiedzieć moją osobistą historię, jej poszczególne etapy. Przez ponad piętnaście lat pisałem o Karolu Wojtyle, o Janie Pawle II, o historycznej postaci, o geopolitycznych ideach tego Polaka, jednak nigdy nie napisałem o tym, co fascynowało mnie w nim najbardziej — czy to sam Bóg działał za pośrednictwem tego człowieka i czy w jego pobliżu można było poczuć obecność tego niepojętego Boga? Wiele lat mierzyłem się z tym pytaniem, a to, do czego doszedłem, nieraz wywołuje we mnie dreszcze i obawę, bo wreszcie muszę zmierzyć się z innym pytaniem: „A więc Bóg istnieje?”.

Świadkowie rzeczy niepojętych

Miasto powstało wzdłuż głównej ulicy biegnącej przed katedrą. Są tu małe sklepiki, parę fast foodów, kilka supermarketów. Na jednym końcu ulicy znajduje się port, na drugim zaś szpital, naprzeciw którego mieści się gabinet lekarski doktora Simmonsa, bardzo zasłużonego dla Saint Lucia, ponieważ przed trzydziestu laty podjął tu pracę jako pierwszy w historii tej wyspy pediatra. Jego niewielka poczekalnia pęka w szwach, zatroskane matki trzymają na kolanach przestraszone maluchy. Asystentka doktora dała mi do zrozumienia, żebym zaczekał, aż przyjęci zostaną wszyscy pacjenci. Na rozwiązanie zagadki czekałem dwadzieścia lat, więc mogłem poczekać jeszcze i tych parę godzin. Po jakimś czasie gabinet lekarski opuściła ostatnia matka, ciągnąc za sobą pochlipującego malca. Doktor miał teraz czas dla mnie. W porównaniu z ludnością Saint Lucia karnacja doktora Simmonsa wydała mi się nadzwyczaj jasna, a w porównaniu z biskupem Feliksem lekarz wyglądał wręcz jak opalony biały. Praktykuje w maleńkim gabinecie, na którego ścianach wiszą rysunki dzieci, wyrażających w ten sposób podziękowania za wyleczenie, i gdzie poza kartami pacjentów i kilkoma zabawkami na biurku nie ma nic więcej.

Szczupły doktor Simmons w kolorowej batikowej koszuli wystającej spod lekarskiego kitla nadawałby się idealnie do roli pokładowego lekarza w jakimś pogodnym filmie o tropikach. Na biurku leżała na samym wierzchu karta pacjenta Kevina Jeremiesa urodzonego w 1984 roku. Lekarz przeglądał ją przez chwilę, potem podniósł głowę i spojrzał na mnie.

— Jest pan pierwszą osobą, która pyta mnie o to wydarzenie, co bardzo mnie dziwi, bo nie ma wątpliwości, że to najosobliwszy przypadek w całym moim życiu. Chcę jednak, żeby pan wiedział, że nie jestem katolikiem i nie wierzę, że papież jest kimś bardziej nadzwyczajnym niż pan czy ja. Powiem panu coś jeszcze. Właściwie nie wierzę w cuda. Jestem naukowcem. Tego, co stało się z Kevinem Jeremiesem, nie da się jednak wyjaśnić od strony medycznej. Albo mówiąc inaczej, to, co stało się z tym chłopcem, z naukowego punktu widzenia nie miało prawa się zdarzyć, jego wyzdrowienie w ogóle nie wchodziło w rachubę. Z perspektywy naukowca to, co się stało, było po prostu niemożliwe. Tylko tyle gotów jestem przyznać. Co jednak naprawdę się wydarzyło? Czy to był cud? Tego nie wiem. Mogę tylko raz jeszcze powtórzyć, że to nie miało prawa się stać. Jednak dlaczego się stało? Nie mam zielonego pojęcia. Ale przyznaję, kiedy o tym usłyszałem, od razu pomyślałem: to cud, i to w samym sercu slumsów.

Kevin Jeremies trafia po raz pierwszy do szpitala w Castries w wieku szesnastu miesięcy. Cierpi na ciężką niewydolność oddechową.

— Skrajnie niepokoiło to, że dziecko nie było w stanie o własnych siłach ani usiąść, ani nawet przewrócić się na bok. Badania wykazały nieuleczalne i nieodwracalne uszkodzenia mózgu, które powstały prawdopodobnie przy narodzinach. Chłopiec cierpiał na szereg schorzeń, musieliśmy zatrzymać go na oddziale, ponieważ miał ogromne trudności z oddychaniem. Kevin mieszkał w slumsach, co nasuwało uzasadnione obawy, że nie dostawał dostatecznej ilości pożywienia i żył w mało higienicznych warunkach. Muszę panu powiedzieć, że nie dawałem mu zbyt wielu szans na godną egzystencję.

Doktora Simmonsa martwił przede wszystkim rozległy paraliż.

— Taki paraliż mógł być spowodowany wyłącznie uszkodzeniem mózgu. Stopniowa, powolna poprawa była możliwa z czasem, sukcesem byłoby już, gdyby chłopcu udawało się samodzielnie podnieść. Jednak oddychanie należało przez cały czas wspomagać. Leżał więc całymi dniami nieruchomo na plecach. A to, co się stało potem, było po prostu niemożliwością. Przecież uszkodzenia mózgu nie znikają ot tak, w jednej chwili. To niemożliwe. Owszem, jego stan zdrowia mógł się stopniowo poprawiać, ale nie tak błyskawicznie — wyzdrowieć w jednej sekundzie, i to wyzdrowieć trwale, tak by nie trzeba było już więcej wracać do szpitala? Wiem jednak, że tak właśnie było. Jeżeli zapyta mnie pan, co musi uczynić lekarz, żeby pomóc takiemu dziecku w takim tempie, to powiem, że musi być cudotwórcą.

— Widział pan kiedyś dom, w którym zdarzył się ten cud?

— Nie, jeszcze tam nie byłem. Ale wiem, gdzie mieszka ta rodzina. W slumsach przy cmentarzu francuskim. Biskup Felix z pewnością wskaże panu drogę.

Miejsce, w którym jakoby wydarzył się jeden z najbardziej zdumiewających cudów za pontyfikatu Jana Pawła II, znajduje się na peryferiach Castries, w okolicy, w której Francuzi grzebali niegdyś swoich zmarłych, składając ich w okazałych kamiennych grobowcach. Biskup Felix nie potrafi ukryć, że ta wizyta jest dla niego bardzo krępująca, wciąż bowiem wstydzi się, że mieszkańcy jego dawnej diecezji nadal muszą bytować w takich warunkach. Na dróżkach byłego cmentarza rozbrzmiewa głośno reggae. Na zwietrzałych płytach nagrobnych można jeszcze odcyfrować nazwiska ludzi, mieszkańców miasta sprzed trzystu lat, którzy wierzyli, że na tym cmentarzu zaznają wiecznego spokoju. Dziś natomiast stoją tu drewniane chatki wciśnięte pomiędzy grobowce. Wzgórze jest dosyć strome, a chaty przypominają wronie gniazda osadzone na kamiennych nagrobkach. Biskup wspina się po ścieżce oczyszczonej przez tropikalny deszcz, który zmył wszystkie śmieci. Przystaje co jakiś czas; droga jest dla niego właściwie zbyt stroma, pytam więc, czy nie wolałby zostać na dole, jednak nic nie wskazuje na to, że chciałby się poddać. Omijamy zużyte torby foliowe, rozbite butelki, ekskrementy. Czy niepojęty Bóg naprawdę chciał, aby cud dokonał się akurat w takim miejscu?

Pani Mary Jeremies wychodzi nam naprzeciw. Włożyła swoją najładniejszą, białą sukienkę. O naszej wizycie powiadomiły ją siostry od Matki Teresy opiekujące się w slumsach najbiedniejszymi z biednych. Prowadzi nas do kamiennych schodków. Na dole widać rozciągnięte sznury na bieliznę, obok pod rodzinną chatą znajduje się jeszcze otwarta szopa. Kevin Jeremies w niedzielnym garniturze i jego szykownie wystylizowana dziewczyna siedzą właśnie przed starym monitorem i wysyłają e-maile. Stojący pod stołem komputer wygląda, jakby dłuższy czas przeleżał na śmietniku, jednak nadal chyba działa. Tylko skąd mają prąd? Pani Jeremies prowadzi nas teraz na górę do drewnianej chałupki, gdzie na skleconym ze skrzynek stole ustawiła poczęstunek — butelki z wodą i sokiem. Panuje niemiłosierny skwar, choć okna są szeroko otwarte. Wszędzie wiszą plakaty z Janem Pawłem II. Pani Jeremies zaczyna swoją opowieść, a ja nagle sobie zdaję sprawę, jak wielki czuję szacunek dla tego starego, czarnoskórego biskupa. Łatwo było dostrzec, że czuł się winny temu wszystkiemu, postrzegał tutejsze warunki jako swoją porażkę; jak gdyby w jego mocy było uratowanie i uchronienie tej wyspy i kobiet, takich jak Mary Jeremies, przed poniżającą nędzą. Nie miały nawet najmniejszej szansy na dobre życie, także na życie zgodne z zasadami Kościoła. Mogły jedynie próbować przetrwać, sprzedając się możliwie najdrożej pierwszemu lepszemu mężczyźnie, byleby tylko zapewnić bezpieczeństwo sobie i swoim dzieciom. Wyspa, która w oczach turystów jawi się rajem na ziemi, w rzeczywistości wcale nim nie jest. O ile młodzi mężczyźni mogą tu sobie pozwolić na beztroskie życie z dnia na dzień, to kobiety na Saint Lucia takiej możliwości nie miały nigdy. Mój podziw dla polegujących na plażach młodzieńców szybko stopniał, prawdę o życiu na tej wyspie dostrzegłem dopiero w losie Mary Jeremies. Przyszła na świat w ubogiej rodzinie, nie mogąc jednak pozostać w ciasnym domu rodziców, jako bardzo młoda dziewczyna zamieszkała z mężczyzną. Miała sześcioro dzieci z różnymi partnerami, najmłodszy był właśnie Kevin.

— Miałam już piątkę dzieci i kiedy urodził się Kevin, wiedziałam, że coś z nim jest nie tak. Od samego początku nie potrafił prawidłowo oddychać, był za słaby, żeby nabrać powietrza; robiłam co w mojej mocy, żeby go wykarmić, ale on nie potrafił się trzymać prosto, nie potrafił przełykać. Chodziłam więc cały czas do szpitala, do doktora Simmonsa, dziecko dostawało tam tlen. Ale doktor nie dawał mi wielkiej nadziei, Kevin wciąż leżał na plecach, często siniał na twarzy, wtedy znów wiozłam go do szpitala i tak miesiąc w miesiąc. Kiedy przywoziłam dziecko, po oczach lekarzy widziałam, że nie są w stanie mu naprawdę pomóc. Kiedy więc usłyszałam, że przyjeżdża papież, uszyłam sobie ładną sukienkę. Chciałam wziąć udział we mszy świętej nad morzem, miałam śpiewać z kościelnym chórem. Ale potem miałam ten sen.

— Jaki sen? — zapytałem tę sympatyczną kobietę, która co chwila dolewała wody do mojej szklanki.

— Śniło mi się, że na Saint Lucia przybędzie człowiek, który pomoże Kevinowi. Nic więcej się nie dowiedziałam, tylko tyle. Nie wiedziałem, od kogo albo dlaczego. Powiedziałam potem do mężczyzny, z którym wtedy byłam: „Jedzie tutaj człowiek, który pomoże Kevinowi”. Nie pamiętam już, kiedy to było dokładnie, może parę dni, a może dwa tygodnie przed wizytą papieża. Zresztą nie rozumiałam, o co chodzi z papieżem. Nie chciałam iść do kościoła, gdzie czekali na niego inni chorzy. Ja chciałam zaśpiewać, taki był mój zamiar, a Kevin miał zostać w domu pod opieką rodzeństwa. Potem jednak, sama nie wiem skąd, przyszło mi do głowy: „A może to papież jest tym człowiekiem, który ma przybyć?”. Nie byłam pewna, mimo to powiedziałam proboszczowi, że nie przyjdę na mszę i nie będę śpiewać, bo chcę pójść z Kevinem do papieża. Tylko że nie wiedziałam, jak to zrobić, nie miałam zaproszenia. W diecezji powiedzieli mi, że zaproszenia dostaną ci, którzy się wcześniej zgłosili, tylko oni wejdą do kościoła, kiedy przyjedzie papież. Mimo to poszłam tam. Rozmawiałam z policjantami i księżmi, na rękach trzymałam Kevina, który ledwie oddychał. Znów zsiniał. Wreszcie udało mi się przedrzeć do środka. Jeszcze nigdy nie byłam w tym kościele. Razem z innymi kobietami czekałam potem przy ołtarzu na przyjazd papieża. A on przeszedł środkiem kościoła i podszedł dokładnie do mnie. Byłam tak zaskoczona, że nie mogłam się ruszyć, i przez cały czas myślałam: „O Boże, on naprawdę przyszedł do ciebie, a ty nawet się nie zastanowiłaś, co masz mu powiedzieć”. On tymczasem po prostu stanął przede mną. Pocałował Kevina i pobłogosławił go. A ja wydukałam tylko: „Dziękuję”. Potem wróciłam do domu. Przez całą drogę śpiewałam, już nie byłam smutna. Było późno, więc położyłam synka do łóżka i pogłaskałam go. Potem modliłam się i modliłam, bo znów myślałam sobie, że to może właśnie papież był tym człowiekiem, który miał przybyć. Ale w nocy jego stan wcale się nie poprawił, nadal oddychał z trudem, a ja zastanawiałam się, czy nie zawieźć go znowu do szpitala. Potem usnął. Następnego dnia rano zeszłam na dół, pod chatę, tam gdzie pan był na początku. Rozwieszałam pranie, kiedy usłyszałam wołanie dzieci: „Mamo, mamo, chodź tutaj! Kevin wyszedł z łóżka i pobiegł do ciebie”. Myślałam, że się wygłupiają, ale potem zobaczyłam Kevina, który biegł do mnie, a kiedy chciałam go chwycić w ramiona, pobiegł schodkami na górę, jak gdyby bawił się ze mną w berka. Padłam na kolana i zaczęłam się modlić: „Jakie to szczęście doświadczyć takiego cudu”. Znajomi poinformowali w końcu doktora Simmonsa. Nie mógł w to uwierzyć, powiedziałam mu wtedy przez telefon, że Kevin nagle po prostu zaczął chodzić, ale on nie mógł w to uwierzyć.

Oczy Mary Jeremies błyszczały, kiedy odprowadzała nas na dół. Kevin też nam towarzyszył, a przed pożegnaniem wziął mnie na bok i zapytał:

— Niech mi pan opowie o papieżu, jaki to był człowiek?

— Próbuję to zgłębić od długiego czasu — odpowiedziałem mu. — Jednego jestem pewien. On nigdy nie wątpił, że Bóg potrafi czynić rzeczy niepojęte.